Zaznacz stronę

Kiedy myślę o Tadeuszu, zawsze przychodzi mi do głowy mała scenka filozoficzna, która pasowałaby jak ulał do słynnych Żywotów Diogenesa Laertiosa. Siedzieliśmy w trójkę z Tadeuszem i Grzesiem Francuzem na trzecim piętrze w budynku byłego Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, który wtedy gościł ekipę Instytutu Nauk Społecznych Uniwersytetu Opolskiego. Tadeusz właśnie kupił sobie mocno wypasiony rower, który musiał wtedy kosztować kilka profesorskich pensji. My siedzieliśmy na trzecim piętrze, a rower stał sobie przypięty do poręczy przy schodach prowadzących na parking. Nie mogliśmy z Grzesiem pojąć, jak Tadeusz może zachować spokój ducha, w chwili, gdy takie cacko stoi sobie i przyciąga złodziejskie spojrzenia. Może chciałby sprawdzić, wysyłając jednego z nas, czy supermaszyna nadal się tam znajduje? Odpowiedź Tadeusza, która przybrała formę eleganckiego dylematu, zapamiętałem na zawsze. Brzmiała ona: Jeżeli rower nadal tam stoi, to nie ma sensu sprawdzać. Jeśli już go tam nie ma, to również nie ma po co schodzić. Czy więc rower tam stoi, czy nie stoi, nie ma sensu tego sprawdzać. Cały Tadeusz.

Był człowiekiem dobrze wychowanym. Myślicie może, że to niewiele? Dodam w takim razie, że był chyba jedynym naprawdę dobrze wychowanym człowiekiem, jakiego znałem. Pewnie kogoś takiego miał na myśli Florian Znaniecki, kiedy w swojej słynnej klasyfikacji typów ludzkich mówił o człowieku dobrze wychowanym. Nie zdarzało mu się przeklinać, chyba że po rosyjsku i to tylko na prawach cytatu albo żartu. Był jakby niezdolny do gniewu. Prawie zawsze był w dobrym nastroju. Prawie zawsze pogodny. Był elegancki bez zadęcia i akuratny bez pedanterii. W przykrych okolicznościach szukał nauk na przyszłość. Spodziewał się, że będzie miał trochę więcej tej przyszłości na emeryturze, ale kiedy rozmawialiśmy już po diagnozie, która dawała mu jeszcze tylko rok życia, powiedział: „Ostatecznie siedemdziesiąt sześć, to też niezły wynik“.

Co do perspektyw życia pozagrobowego jego pogląd był jasny: śmierć to koniec wszystkiego. A kiedy popatrzysz na życie w taki sposób, to nawet ponury Zakład Pascala zmienia swój sens. Jeśli Boga nie ma, to nasze chwilowe istnienie jest wszystkim, co mamy i nie ma sensu go porównywać do wymykającej się nam wieczności. Jeśli śmierć jest końcem, to życie jest wszystkim, co mamy i trzeba się nim sycić.

Ale co stanowi sycącą treść życia? W życiu Tadeusza, jak w każdym, nie brakowało wydarzeń smutnych, a nawet bardzo dramatycznych. Nie mówił o nich wiele. Nie miał talentu do smutku, miał za to wielki talent do przyjemności i korzystał niego przez całe życie. Kiedy go poznałem, był człowiekiem po pięćdziesiątce, a więc w wieku, kiedy mężczyzna dociera do życiowej kolacji. Mogę się tylko domyślać, jak wyglądało jego młodzieńcze śniadanie i pożywny obiad wieku średniego. Wiem, że na kolację składał się jazz i ciasteczka. Był jazzmanem w starym stylu. W muzyce cenił sobie przede wszystkim harmonię. Słyszał, czy to C5sus7, czy akord jest zmniejszony i jeszcze wiele innych rzeczy, który normalni drewnianouszni śmiertelnicy nie dostrzegają. Miłość do muzyki łączyła się u niego z niechęcią do głupiego gadania i telewizji. Lubił jednak rozumną rozmowę, a zwłaszcza wtedy, kiedy wolno mu było w niej podywagować. Znane były jego wykłady, w których Leibniz naprowadzał go na rozważania o Billly‘m Evansie, a kwadrat logiczny stał tuż obok wczesnych rękopisów Marksa.

Dwadzieścia lat rozmów z Tadeuszem pozwoliło mi się domyślić, że tym, co ukształtowało go najbardziej, była przedwczesna śmierć ojca. Nigdy zresztą go o to nie pytałem, kierując się zasadą, którą on sam mi przekazał, a którą zaczerpnął od Innocentego Marii Bocheńskiego: nie interesuj się sprawami innych ludzi, chyba że jesteś za nich odpowiedzialny lub możesz im pomóc. Dopytywanie o sprawy trudne, w których nie mogłem mu pomóc, byłoby syceniem własnej ciekawości, a taka ciekawość to wada i oznaka złego wychowania. Starałem się więc po prostu słuchać. Podczas jednej z ostatnich rozmów powiedział mi: „Po namyśle (Jakie to dla niego typowe!) uznałem, że w jego życiu było tyle przyjemności, że aż głupio byłoby narzekać na śmierć przed osiemdziesiątką“. Do końca trzymał się zatem zasad dobrego smaku i nie zatruwał nikomu życia narzekaniem.

Był świetnym promotorem, który nie krytykował, nie narzucał rozwiązań, ale wspierał i służył radą. Myślę, że pomógł wielu osobom, ale komu oprócz mnie nie wiem, bo nigdy się własnymi zaletami nie afiszował, chyba że dotyczyło to zharmonizowania jakiegoś standardu jazzowego, albo sformułowania jakiegoś zgrabnego argumentu.

Chcę, na wzór starożytnych, zakończyć tę mowę pogrzebową epigramatem na cześć Tadeusza:

Kochałeś to, co rozumne i harmonijne.
Dzielnie znosiłeś przeciwności losu, szukając w nich nauki na przyszłość.
Teraz kiedy przepłynąłeś na drugą stronę czarnej rzeki,
Wiesz już, czy stoi tam twój rower.

 M.P.